Kiedy nie ma z kim pogadać, a każdy w końcu dobija do ściany, pojawia się frustracja.
Ja właśnie dobiłam do tej ściany. O wielu rzeczach nie mogę mówić publicznie, bo są to sprawy ściśle związane z moją pracą. I nie to, że są jakieś mega ciekawe czy ważne, ale czasami są to drobnostki, które po prostu wkurzają, gdy pojawia się frustracja.
Wtedy wszystko wkurza. Nawet jak wszystko idzie dobrze. Bo nie ma diagnozy. Nie ma świadomości, że tak naprawdę nie masz z kim pogadać.
Jesteś wysoko i jesteś sama
Najciekawsze jest to, że ja nie lubię rozmawiać na tematy prywatne z ludźmi. W ogóle nie lubię prywaty. To znaczy nie lubię się wywnętrzniać. Nie lubię się żalić na nic. Lubię natomiast rozkminiać ludzi. Lubię znajdywać dla nich rozwiązania. Nawet tak całkiem poza interesem biznesowym i mam sporo takich osób.
Ciekawe jest to, że one nie nadużywają mojej przestrzeni. Pojawiają się, kiedy mają prawdziwą potrzebę i jakoś tak zawsze w odpowiednim momencie, kiedy ja mam i przestrzeń i najlepsze dla nich na ten moment rozwiązanie.
No dobrze. Ale dziś już rozumiem, że potrzebuję po prostu z kimś pogadać. Nie będę angażować do tego czata dżi pi ti, bo z maszyną się nie gada. Nie pójdę do moich mentorów, choć są to najcudowniejsi ludzie na świecie i zawsze dają mi wsparcie. Nie pójdę też do downline'ów, bo tego się w biznesie nie robi. Choćby nie wiem, jaka to przyjaźń była.
Zatem zrobiłam sobie tego fanpejdża. Żeby sobie pogadać sama ze sobą, bo gdy słyszę swoje myśli, które wychodzą ze mnie na zewnątrz, doznaję "uzdrowienia".
Za każdym razem gdy wypowiadam lub wystukuję swoje myśli, doznaję ulgi, oczyszczenia i wolności. Bo w ten sposób mogę się wygadać, nie otrzymując wzamian porad, o które nie prosiłam.
Pewnie, że mogłabym pójść do psychologa, ale... Czemu płacić za coś, co mogę sobie sama zapodać, w dodatku czemu mam się spowiadać komuś, kto jest bardziej zwichnięty mentalnie niż reszta populacji?
Dobrze. Wracając do głównego wątku
Jestem liderką. Od wielu, wielu lat na bardzo wysokich pozycjach. Jestem też samotnikiem, ekstremalnym introwertykiem i to jest chyba najlepszy model zarabiania pieniędzy dla takich jak ja. Network Marketing.
Buduję zespoły, prowadzę ludzi, oni rosną, rozkwitają, usamodzielniają się i znów zostaję sama.
Znów mam przestrzeń dla siebie. Wszystko jest zgodne z naturalnym rytmem. Bo taka jest kolej rzeczy w marketingu sieciowym.
Ale kiedy marketing sieciowy zamienia się w sieć akwizytorów, to to już nie jest coś, w czym się dobrze czuję. Na przestrzeni lat powstały systemy hybrydowe i network marketing ewoluował mocno. Połączył się ze sprzedażą bezpośrednią czyli z punktu widzenia idei marketingu sieciowego, przestał nim być.
Prawdziwy network marketing to według oryginalnej definicji budowanie zespołu dystrybutorów kupujących na własne potrzeby. Czyli jeśli masz swój własny sklep, to kupujesz u siebie. Bo masz taniej, wiesz co masz i “również” odsprzedajesz innym. Ale…
Tu jest taka subtelna różnica między NM a sprzedażą bezpośrednią
Budowanie zespołu dystrybutorów polega na słynnej już maksymie: na uczeniu nauczycieli, jak uczyć nauczycieli.
A więc nie szukasz setek klientów. Szukasz ludzi, którzy chcą się dobrze czuć (w zależności od branży. U mnie to są suplementy), zakochać się w produkcie, założyć własne konto, czyli otworzyć swój własny sklep i mieć dobry produkt taniej.
I to nie koniec. Pierwsza i najważniejsza rzecz to edukacja biznesowa. Bo jeśli takie konto zakładają tylko klienci i przez lata sobie kupują, chwała im za to. Wszyscy są zadowoleni. Ale twój biznes nie rośnie, a Twoja energia ucieka. Zwłaszcza gdy przy suplementach masz jeszcze jako bonus plany żywieniowe, wsparcie, czaty, grupy i zamiast edukacji biznesowej zabierasz się za edukację dietetyczną, tutaj kończy się Twój network.
Zaczyna się kierat jak na etacie. Jesteś uwiązana follow upem klientek, a nie partnerów biznesowych. Nie tworzysz nowych liderów. Oni się pojawiają, ale tak przypadkiem. Cały zespół to różnej maści dietetycy, którzy chcą pomagać innym.
Dlaczego nie? Pomaganie jest fajne. Ale dopiero wtedy, kiedy zaspokojone są Twoje potrzeby. Jeśli nie są, wpadasz w wir hybrydy networkowej. Odbywasz milion spotkań sprzedażowych, wymyślasz coraz to nowe bonusy, aby przyciągnąć na darmochę, w którą wkładasz ogrom swojej pracy i życiowej energii, a i tak ta darmocha, choćby to był nie wiem jak wartościowy produkt, trafia gdzieś do archiwum zawalony innymi rzeczami. Bo tak my ludzie funkcjonujemy. Bonusy demoralizują i twórcę i odbiorcę.
Czy my, networkerzy naprawdę chcemy ludziom pomagać? Naprawdę chcemy się tak ograniczać? Naprawdę chcemy zarabiać tylko marne parę tysięcy? Naprawdę potrzebujemy NM, żeby pomagać innym? Nie wystarczy napisać na fejsie “chętnie pomogę Ci schudnąć” za 10% prowizji, czyli za jakieś przykładowe 60 zł na miesiąc, ale będę dostępna od rana do wieczora codziennie, aby Cię prowadzić, wspierać, sprawdzać czy dobrze jesz…
Naprawdę po to wchodzimy do biznesu??? Żeby ludziom pomagać???
Nie! Nie trzeba do pomagania niczego. Tylko wolny czas i posiadanie materiałów, które sobie można kupić, albo dziś wygenerować w AI. Po co wchodzić do biznesu?
Do biznesu wchodzimy przede wszystkim po to, aby poprawić swoją sytuację życiową na każdym poziomie. Mamy stać się wzorem dla samych siebie. Wyedukować we właściwy sposób, rozwinąć intelektualnie, etycznie, zahartować mentalnie i stać się liderem własnego życia.
Po co? Po to, aby nauczyć tego innych. Aby ci inni mogli stać się takimi samymi wzorami do naśladowania. Nie pomagamy nikomu. Pokazujemy, jak zbudować dobrobyt, dajemy narzędzia, edukujemy, wskazujemy kierunek, ale do jasnej anielki nikomu nie pomagamy. Bo pomoc kastruje ludzi z własnych mocy i uniemożliwia rozwój. Pomoc uzależnia i nie wyciąga na wierzch najlepszych cech lidera, a każdy je ma. Dosłownie każdy, nawet ten, kto dziś czuje się zaszczuty, w depresji, nieszczęśliwy, może w każdej chwili dokonać zmian. Ale pierwsza rzecz to edukacja.
Network Marketing to ciężki kawałek chleba na początku. Pierwsze 3 lata decydują o tym, czy będziesz liderem, czy na zawsze pozostaniesz na poziomie akwizytora gadającego o paście do zębów…
Najgorszy mięczak może się tutaj stać mentorem i kimś, kto z czasem zauważy samego siebie, jako mocnego lidera, którego poczucie własnej wartości poszybuje w kosmos. Który wierzy w siebie bardziej niż cały świat. Ale tu trzeba prawdziwej edukacji biznesowej, a nie tańczenie na tiktoku, błaganie o zakup i wypruwanie z siebie flaków, aby wleźć do dupy klientce, która nic nie robi, ale obwinia ciebie za to, że nie chudnie.
Jeśli nie zobaczysz siebie, jako alfy, nawet jeśli nią teraz nie jesteś, to nic nie zrobisz w NM. Bo to kuźnia liderów, ludzi, którzy ponad wszystko chcą realnego dobrobytu dla siebie i tych, na którym im zależy. Natomiast każdy dorosły człowiek powinien wziąć odpowiedzialność za swoje życie we własne ręce. Dzisiaj jest coraz mniej takich ludzi i dlatego ja dzisiaj piszę ten post. Bo to jest chyba główny powód mojej frustracji.
Jestem dinozaurem. Zawsze działałam etycznie w NM. Nigdy nie uciekalam się do żadnych technik NLP czy rozbijania obiekcji. Nigdy przez 32 lata nie sprzedałam produktu nawet jednej detalicznej klientce. Nigdy pierwsza do nikogo nie napisałam, a jednak zarobiłam miliony w NM. Ale mam wizję. Utopijną wizję. Dla mnie network Marketing to miejsce, w którym każdy Partner realizuje swój cel i uczy tego innych, a nie lata za klientami i rozpacza na koniec dnia, że nie sprzedał pary sznurówek.
Jeśli ktoś rozumie ideę NM, buduje zespół. I nic tego nie zmieni. Jeśli epatuje na FB produktami, to nie potrzebuje do tego networku. Wystarczy mu licencja/konto i zakupy po cenach preferencyjnych i odsprzedaż. Jeśli jest w tym dobry, będzie zarabiać. Ale większość nie potrafi sprzedawać. Tak jak ja. Nie umiem tego robić, a jednak jestem liderem i buduję zespoły.
Dlatego marzy mi się stary, dobry network, gdzie ludzie wykorzystają maksymalnie szansę na swój własny wzrost na każdej płaszczyźnie, a nie jako trampolinę do stania się handlarką na targu.

